Chcemy, by władza z nami rozmawiała

Milena Dudzińska

Rozmowa z Mileną Dudzińską, uczestniczką tegorocznej edycji Szkoły Inicjatyw Strażniczych*.Milena jest mieszkanką podwrocławskiej gminy Długołęka, którą przed piętnastoma laty wybrała jako miejsce do życia i pokochała za zielone pola i łąki oraz lasy pełne stawów. Na co dzień Milena prowadzi warsztaty kulinarne oraz ekologiczne, a także koordynuje naukę swych synów, którzy wybrali ścieżkę edukacji domowej. Milena działa również w stowarzyszeniu Dobra Łąka. Tematy bliskie jej sercu to planowanie przestrzenne, ochrona środowiska oraz partycypacja społeczna.

Jak trafiłaś do Szkoły Inicjatyw Strażniczych?

O szkole dowiedziałam się ze strony Watchdog Polska, którą w tamtym czasie wielokrotnie odwiedzałam. Zaniepokoiły mnie niektóre praktyki ze strony mojego urzędu gminy, na przykład próby ograniczenia dostępu do posiedzeń komisji czy dostępu do informacji publicznej. Na stronie Watchdoga znalazłam skuteczne porady, jak upominać się o swoje konstytucyjne prawa. Gdy przeczytałam o rekrutacji do Szkoły Inicjatyw Strażniczych, to było dla mnie oczywiste, żeby się zgłosić. Natomiast moje zainteresowanie tym, co dzieje się w gminie, zaczęło się od szkoły moich dzieci. Chłopcy chodzili do zespołu szkolno-przedszkolnego i nagle pojawił się pomysł rozdzielenia tego zespołu. Bez wchodzenia w szczegóły, czy to słuszna decyzja czy nie – zobaczyłam dosyć pokątne działania władzy – bez konsultacji z rodzicami, za to “w zaciszu gabinetu” oraz z ogromną presją, że tak musi być, a “rodzice się nie znają i działają pod wpływem emocji.” Zdziwiła mnie ta niechęć urzędu i włodarzy do skonsultowania sprawy z rodzicami. Ponieważ zawodowo zajmuję się prowadzeniem zajęć edukacyjnych dla dzieci i młodzieży, współpracowałam ze szkołami, ośrodkiem kultury, z bibliotekami, więc byłam zainteresowana tematem szkoły. Wcześniej nie spotkałam się z sytuacją, aby znaczące zmiany przeprowadzać w tak pokątny sposób. Ta niechęć do konsultacji z mieszkańcami bardzo mnie wtedy zdziwiła, a nawet zaniepokoiła.

Kolejnym impulsem było rozpoczęcie postępowania o wydanie decyzji środowiskowej dla bardzo dużego zakładu przetwarzania elektroodpadów, blisko obszaru Natura 2000 i ujęcia wody pitnej dla kilku tysięcy mieszkańców. Postępowanie ruszyło w czasie pandemii. Jednak pani sołtys otrzymała informację od urzędnika, że ze względu na pandemię terminy postępowań są zawieszone. Uspokoiło ją to, sądziła, że w sprawie nic się nie dzieje, a było dokładnie odwrotnie. Urząd gminy przesłał dokumenty do RDOŚ, Wód Polskich i Sanepidu, a te urzędy normalnie prowadziły postępowanie i w momencie odwieszenia terminów miały już gotowe uzgodnienia, zaś postępowanie było już na finalnym etapie. Warto zaznaczyć, że było to już drugie podejście inwestora, a pierwsze spotkało się z dużą falą protestów mieszkańców, więc można było się spodziewać, że społeczność lokalna będzie bardzo zainteresowana sprawą.

Pierwsze było w 2012 roku, tak?

Tak, wtedy pani wójt odmówiła wydania decyzji środowiskowej, uzasadniając to protestem społecznym. Nie jest to przesłanka, która może być podstawą odmowy wydania decyzji, dlatego inwestor odwołał się. Jednak Samorządowe Kolegium Odwoławcze podtrzymało decyzję wójt, mimo niewłaściwego uzasadnienia. Zamiast niego wskazało na inne – brak zgodności z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, w którym w tym miejscu zaplanowano produkcję i usługi, a gospodarowanie elektroodpadami nie wpisuje się w ten katalog. Nie pomogło też inwestorowi odwołanie do WSA, które również było zdania, że inwestycja jest niezgodna z miejscowym planem. Innego zdania było NSA, które stwierdziło, że wg PKWiU gospodarowanie odpadami to jest usługa.

I to się ciągnęło od 2012 roku aż do wyroku NSA i dlatego teraz ta sprawa wróciła?

Niezupełnie, wyrok NSA był w 2015 roku, więc już dość dawno. Jednak sprawa była w martwym punkcie przez kilka lat, ponieważ było ogólnie wiadomo, że nie ma zielonego światła ze strony pani wójt dla tego typu inwestycji w tym konkretnym miejscu.  Od tej kadencji jest nowy wójt, a inwestor powrócił z nowym wnioskiem o wydanie decyzji.

Czyli dowiedzieliście się z BIP-u, że ta procedura jest dosyć zaawansowana i postanowiliście działać? Jak wyglądały Wasze pierwsze kroki? Zebraliście podpisy pod petycją?

Zaczęło się od tego, że sołtys miejscowości, w której miała być ta inwestycja, poprosiła o spotkanie z wójtem, żeby zorientować się, na czym stoimy. Byliśmy zaskoczeni, ponieważ gmina zaprosiła na spotkanie również inwestora, chociaż mieszkańcom zależało na spotkaniu z wójtem, by szczerze porozmawiać o wszystkich bolączkach związanych z tą inwestycją, również o tym, że kluczowy etap postępowania odbywał się bez udziału mieszkańców, w cieniu pandemii. Zamiast tego inwestor pokazywał nam wizualizacje zakładu, przekonując, jak to wszystko będzie pięknie wyglądało. Twierdził, że od czasu pierwszego podejścia do inwestycji, koncepcja nieco się zmieniła i nie będzie przetwarzania odpadów zawierających rtęć. Zdziwiła nas również skala przedsięwzięcia, bo planowana przepustowość zakładu przekraczała zapotrzebowanie całego województwa. Na spotkaniu widać było przychylność włodarzy dla tej inwestycji, choć wójt przekonywał, że zadba, by przestrzegano wszystkich procedur przy wydawaniu decyzji. Wójt obiecał również, że powoła biegłego, który odniesie się do wszystkich uwag mieszkańców, których złożono ponad 200, konsultując je ze specjalistami od gospodarowania odpadami, hydrogeologiem itd. Część mieszkańców natomiast przygotowała treść protestów dla poszczególnych miejscowości z terenu gminy, zwracając uwagę na największe zagrożenia dla danej miejscowości. Dla niektórych to był wzmożony ruch ciężarówek po drodze bez chodnika, dla innych zagrożenie skażeniem wody. Pod tymi protestami w ciągu kilku dni podpisało się 3 tysiące mieszkańców, a poparły je niemal wszystkie sołectwa. To wyjątkowa sytuacja, bo gmina jest bardzo duża i zróżnicowana, jednak w tej sprawie widać było solidarność mieszkańców. W postępowanie w sprawie powstania zakładu przetwarzania elektroodpadów zaangażowały się też dwa stowarzyszenia: Ostoja i PraŹródła, od tego drugiego otrzymałam pełnomocnictwo, dzięki czemu mogliśmy usprawnić działania, na przykład mogłam przeglądać akta sprawy.

Czyli po spotkaniu z wójtem mogliście być pewni jednego – że sprawie przyjrzy się biegły?

Tak, urząd zebrał uwagi mieszkańców i na tej podstawie sformułował 4 pytania, na które odpowiedzi miał udzielić biegły z PAN-u w Krakowie. Jednak okazało się, że biegły nie przeanalizował danych z raportu, tylko w większości skopiował jego treść. Kiedy zaczęliśmy analizować tę opinię, okazało się, że biegły myli podstawowe informacje. Liczbę mieszkańców wziął z Wikipedii (już nieaktualne dane), przedstawił też błędne odległości od obszaru Natura 2000, na przykład twierdził, że stawy są oddalone ponad 10 km od inwestycji, a w rzeczywistości jest to kilkaset metrów. Jako strona mogliśmy się odnieść do opinii biegłego i to zrobiliśmy. Znaleźliśmy innego biegłego, który napisał ekspertyzę odpowiadającą na pytania sformułowane przez urząd. Dokonał przeliczeń, z których wynikało, że planowany zbiornik na wody opadowe nie spełni swej funkcji, a jego przelanie zagraża obszarowi Natura 2000.

 Wnosiliśmy też o pominięcie opinii biegłego z PAN-u i przeprowadzenie dowodu z analiz ryzyka dla ujęć wody pitnej, które są 200 metrów od planowanego zakładu. Wójt obiecał przecież mieszkańcom, że sprawę zbada niezależny biegły, gdyż, jak sam twierdził, potrzebna jest wiedza specjalistyczna. Ostatecznie wójt nie powołał nowego biegłego, a kontrowersyjną opinię uznano za nieprzydatną z uwagi na zbyt ogólne wnioski. Co ciekawe, wice wójt odebrała opinię bez uwag i nie wezwała autora do uzupełnienia, choć zgodnie z umową powinna to zrobić. I tu pojawiają się kwestie watchdogowe, czyli brak transparentności działania władzy. Nie wiadomo, dlaczego wyłoniono akurat tego biegłego oraz dlaczego urząd odebrał nierzetelną opinię i zapłacono za nią z publicznych środków.

Rozumiem, że decyzja środowiskowa była korzystna dla inwestora?

Niestety tak, ale nie daliśmy za wygraną. Odwołaliśmy się od niej do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Odwołanie było bardzo obszerne, liczyło 60 stron, ponieważ odwołaliśmy się jednocześnie od uzgodnień RDOŚ i Wód Polskich. Niestety, SKO utrzymało w mocy decyzję wójta.  W tej sytuacji zdecydowaliśmy się na złożenie skargi do WSA, ponieważ SKO nie odniosło się do wielu naszych zarzutów podniesionych w odwołaniu, nawet do tak istotnego, że jedna ze stron została pominięta w postępowaniu. Tym razem korzystamy z pomocy kancelarii prawnej, zrobiliśmy zrzutkę, by ją opłacić. Czekamy na rozpatrzenie sprawy przez WSA, a tymczasem inwestor złożył wniosek o pozwolenie na budowę. 

Mówiłaś, że dwa stowarzyszenia zajmują się tą sprawą, a jak wygląda zaangażowanie mieszkańców gminy? Czy gdyby nie stowarzyszenia, mieszkańcy byliby w stanie sami ten temat pociągnąć?

Jeśli chodzi o mieszkańców, to ich zaangażowanie jest bardzo duże, na przykład w zbieranie środków na pomoc kancelarii prawnej – organizowali liczne licytacje itd. Przewaga stowarzyszeń jest taka, że mogą uczestniczyć w postępowaniu na prawach strony, mieszkańcy nie mają takiej możliwości. Natomiast dzięki zaangażowaniu w sprawę elektrośmieci poznałam też nowe osoby i razem zawiązaliśmy Stowarzyszenie Dobra Łąka. Dzięki czemu nie trzeba już starać się o pełnomocnictwo z innego stowarzyszenia, możemy działać w swoim imieniu.

Sprawa zakładu przetwarzania elektroodpadów nie jest jedyną sprawą elektryzującą waszą gminę

Tak, jest jeszcze sprawa budowy spalarni na obrzeżach sąsiedniej gminy – Wiszni Małej, na działce bezpośrednio graniczącej z naszą gminą i tuż przy terenach mieszkaniowych. Dla tamtej gminy są to zupełne rubieże. Wisznia Mała zmieniała specjalnie miejscowy plan zagospodarowania pod tę inwestycję, jednak, jak się okazało, radni nie wiedzieli, jaka inwestycja jest tam planowana. Wójt Wiszni na sesji twierdził, że inwestor jeszcze nie zdecydował o przeznaczeniu terenu, chodzi o szeroko rozumiane usługi logistyczne. I radni głosowali za.

Czy z mieszkańcami waszej gminy w jakikolwiek sposób konsultowano decyzję o lokalizacji tej inwestycji, skoro może być ona bardziej uciążliwa dla was niż dla mieszkańców Wiszni Małej?

Nie, nic nie wiedzieliśmy o zmianie planu, choć nasz urząd był w posiadaniu tej informacji, bo dostał projekt planu do opiniowania. Opiniował co prawda negatywnie, ale nikogo nie poinformowano o zamierzeniach Wiszni, nawet nasi radni nie otrzymali informacji. Dowiedzieliśmy się z gazety, że planowana jest budowa spalarni. To było dzień po tym, jak nasz Wójt wydał pozytywną decyzję dla elektroodpadów, byliśmy zdruzgotani tym wszystkim.

Przeciwko budowie tej spalarni były również protesty mieszkańców, prawda?

Tak, w ogromny protest zaangażowało się wielu mieszkańców z naszej gminy oraz mieszkańcy wrocławskiego osiedla Pawłowice, bo to w ich sąsiedztwie miała powstać spalarnia. Bardzo prężnie działają, założyli komitet “Stop wrocławskiej spalarni”. Zaczęto analizować raport przedłożony w urzędzie przez inwestora (potrzebny do wydania decyzji środowiskowej). Był on tak napisany, jakby na granicy gminy Wisznia Mała kończył się świat. Nie wzięto na przykład pod uwagę, że zaledwie kilkaset metrów dalej w gminie Długołęka jest obszar Natura 2000 Kumaki Dobrej (ten sam, o którego ochronę walczymy w sprawie elektrośmieci), a trzysta metrów od spalarni zaczynają się już tereny mieszkaniowe. Raport uwzględniał jedynie oddziaływanie inwestycji na terenie gminy Wisznia Mała. Członkowie komitetu Stop wrocławskiej spalarni bardzo nagłośnili sprawę i pokazywali, że jest to teren cenny przyrodniczo, że to zielone płuca Wrocławia.

obszar Natura 2000 Kumaki Dobrej
Czyli osoby protestujące przeciw budowie spalarni są bliżej sukcesu niż wy w sprawie przeciw zakładowi przetwarzania elektrośmieci?

Tak, my jesteśmy w dosyć nieciekawym punkcie, ponieważ nasza skarga do WSA w żaden sposób nie wstrzymuje budowy, inwestor stara się już o pozwolenie na budowę. W przypadku spalarni Wójt Gminy Wisznia Mała wydał ostatecznie decyzję odmowną. Inwestor odwołał się od tej decyzji do SKO, jednak SKO utrzymało decyzję wójta Wiszni i teraz to inwestor musi walczyć w sądzie, a nie mieszkańcy. Można powiedzieć, że podobne sprawy, a postawa wójta zmienia diametralnie sytuację, w jakiej są mieszkańcy. Obie te sprawy pokazują też nam, mieszkańcom, że interesowanie się sprawami gminy, oraz głośny sprzeciw, ma wpływ na władzę. W przypadku elektrośmieci też nagłaśnialiśmy sprawę, ale wierzyliśmy, że wójt zbada dokładnie nasze argumenty. Przedstawiliśmy ekspertyzy napisane przez biegłych i profesorów z wykształceniem z zakresu gospodarowania odpadami i hydrogeologii. Niektóre osoby zgłaszały się do nas same i oferowały pomoc bez wynagrodzenia, ponieważ uważały, że nasze argumenty są słuszne. Niestety, ani wójt ani SKO nie uwzględnili tych ekspertyz, twierdząc między innymi, że są pisane na zamówienie i są stronnicze, i dali wiarę temu, co jest w raporcie. Tylko że raport, jaki przedstawił inwestor, też jest pisany na jego zamówienie, a organy wszystko, co napisane w raporcie, uważają za prawdziwe i nie weryfikują jego treści.

Czego Cię nauczyły te doświadczenia?

Te wszystkie wydarzenia nauczyły mnie jednego – codziennie zaglądam do Biuletynu Informacji Publicznej. To jedyne miejsce, gdzie znajdę informacje dotyczące ewentualnych planów gminy, inwestycji itd. Urząd je publikuje, bo ma taki obowiązek, nie robi jednak nic ponad to, by te informacje przekazać mieszkańcom. Kto zajrzy do BIP-u i wie, jak się w nim poruszać, ten się dowie. Nawet radni nie zawsze wiedzą o wszystkich posunięciach urzędu. Nauczyłam się również, korzystając z udostępnianych przez Was narzędzi, jak korzystać z prawa do informacji, jak pytać.

Osobiście rozczarowana jestem tym, że w mediach społecznościowych wójta i gminy zamieszczane są tylko posty o sukcesach, a kontrowersyjna informacja jest tylko na BIP-ie. Z grupą mieszkańców założyliśmy komitet inicjatywy obywatelskiej i przedstawiliśmy projekt uchwały rozszerzający katalog spraw, które powinny być konsultowane z mieszkańcami, aby wyjść poza ustawowe minimum. Niestety, projekt uchwały nie spotkał się z aprobatą radnych z klubu Bliżej Ludzi, którzy mają większość w radzie. Ich wypowiedzi na komisji i sesji pokazują, że nie rozumieją istoty konsultacji z mieszkańcami. Co więcej, mam wrażenie, że włodarze nie wyciągają wniosków, nie słuchają tego, co wprost komunikujemy. A mówimy o tym, że zmiany planistyczne są wyjątkowo ważne, bo wpływają na nasze życie, na to, gdzie zostaną ulokowane różne zakłady, jak blisko terenów mieszkaniowych. Jesteśmy gminą położoną przy samym Wrocławiu, rozbudowuje się infrastruktura drogowa i pojawiają się coraz to nowi inwestorzy z wnioskami o zmianę studium z roli na przemysł. Są to wnioski o przekształcenie kilkuset hektarów tuż przy zabudowaniach. Radni z klubu Bliżej Ludzi twierdzą, że czas na konsultacje będzie później, na dalszym etapie procedury planistycznej. Natomiast my, wzorem innych samorządów, chcielibyśmy mieć wprowadzone również wczesne konsultacje, które wójt obiecywał w kampanii wyborczej. Dla przykładu, kilka lat temu Rafał Dutkiewicz, ówczesny prezydent Wrocławia, zaprosił mieszkańców do tworzenia koncepcji studium Wrocławia. Odbyło się wiele spotkań z mieszkańcami, w różnych częściach miasta, głównie w terenie, czyli tam, gdzie są mieszkańcy, a nie w urzędzie, gdzie pracują urzędnicy. O to też postulujemy, aby konsultacje odbywały się w godzinach i miejscach dogodnych dla społeczności lokalnej. A nie, jak to czasem miało miejsce – konsultacje w Dzień Zaduszny o dziewiątej rano albo wpasowane w długi weekend. Mam wrażenie, że radni i włodarze obawiają się, że mieszkańcy będą tylko protestować. Mieszkańcy nie są przeciwni terenom inwestycyjnym, ale chcemy, aby z nami rozmawiano i zapraszano nas do rozmowy na temat przyszłości naszej gminy, czyli upominamy się o to, co nam obiecano w kampanii wyborczej.

Otrzymaliśmy najnowsze informacje od Mileny:

Starosta Powiatu Wrocławskiego odmówił wydania pozwolenia na budowę zakładu przetwarzania elektroodpadów z uwagi na nieprawidłowości w projekcie. Niektóre z tych nieprawidłowości (na przykład brak uzgodnień dla przebudowy urządzeń melioracji wodnych) mieszkańcy zgłaszali już w postępowaniu prowadzonym przez Wójta Gminy Długołęka, jednak nie zostały one wówczas wyjaśnione. Obecnie mieszkańcy poczuli ulgę, jednak mamy świadomość, że to chwilowe, ponieważ inwestorowi przysługuje prawo do odwołania. Gdyby to Wójt rok temu wydał odmowną decyzję, to obecnie inwestor nawet nie miałby możliwości starania się o pozwolenie na budowę. Można powiedzieć, że chwilowo możemy spać spokojnie, jednak to nie koniec sprawy, gdyż nadal toczy się postępowanie przez Wojewódzkim Sądem Administracyjnym.

*Szkoła Inicjatyw Strażniczych organizowana jest w ramach projektu “Szkoła Inicjatyw Strażniczych – 2 regiony”. Projekt finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z Funduszy EOG w ramach Programu Aktywni Obywatele Fundusz Regionalny.

 

Pomóż jawności i naszej niezależności!

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.