Poprzedni

Bo istotne jest drugie dno

Z Kamilem Nowakiem, prezesem Fundacji Wiedzieć Więcej i członkiem Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, mówiącym o sobie – lokalny wichrzyciel i malkontent – rozmawia Agata Sucharska.

Agata Sucharska: Jakieś szczególne plany związane z działalnością społeczną na najbliższą przyszłość? Wszyscy coś planują, gdy zaczyna się nowy rok…
fot. Ewa Pietruszewska

Kamil Nowak: Ostatnio ruszyliśmy z samokształceniowym projektem Szkoła Demokracji. Będziemy uczyć mieszkańców, jak korzystać z prawa do informacji – stworzymy grupy, które będą zadawać pytania, a potem analizować dokumenty. Każdy będzie mógł zadać publicznym instytucjom wszystkie nurtujące go pytania. To taka działalność quasi dziennikarska. Zresztą niewiele się to od dziennikarstwa różni. Korzysta się z dobrodziejstw i obostrzeń tej samej ustawy. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.

Od czego zaczął się Pana kontakt z Siecią Obywatelską Watchdog Polska?

To było chyba w 2010 roku, starosta powiatu odmówił mi udostępnienia protokołu konkursowego z wyboru dyrektora szpitala. Nie wiedziałem, co dalej robić, z pomocą przyszli mi prawnicy Sieci. Pomogli napisać wniosek i wygrałem sprawę przed sądem administracyjnym. Jakiś czas później wziąłem udział w monitoringu tzw. funduszu korkowego w ramach akcji „Masz głos” – sprawdzaliśmy, czy gminy pieniądze z akcyzy za alkohol przeznaczają na profilaktykę uzależnień, jak każe prawo. Akurat ten monitoring prowadziła Sieć i tak jakoś zostaliśmy ze sobą na dłużej.

Dlaczego postanowił Pan działać i rozwijać się dalej w dziedzinie dostępu do informacji publicznej?

Pracowałem jako dziennikarz i jak mi zawsze tłumaczono w redakcji, materiał prasowy odpowiada na pytania: kto, co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego? A czasami nawet: co z tego wynika? Ale na „dlaczego” i „co z tego wynika” zazwyczaj nie wystarczało miejsca i były pierwsze do cięcia. Niestety, a może i „stety”, mnie zawsze najbardziej interesowało właśnie to „dlaczego”. W przypadku władz publicznych informacje, dlaczego podejmuje się jakieś decyzje i jakie niosą one za sobą skutki dla lokalnych społeczności, są bardzo często ukryte.

Dlaczego nie wystarczy tylko sam opis rzeczywistości politycznej?

Bo istotne jest drugie dno. Szczególnie w czasach mediów społecznościowych jest to bardzo częste.  Przy obecności nachalnej propagandy, która wylewa się z gazet, radia, telewizji czy Internetu coraz bardziej brakuje weryfikacji sensowności tego wszystkiego. Stawiamy wizerunkowo pozytywne pomniki, ale nie pytamy, po co. Budujemy drogi – jak to ładnie podsumowała moja koleżanka – którymi nie ma dokąd pójść. Dosłownie przeżeramy unijną kasę na projekty, które nie mają sensownego uzasadnienia poza tym, że możemy się pochwalić, że gmina X czy powiat Y wydał 20 milionów. Czyli w oczach potencjalnego wyborcy, którego karmi się propagandą – jesteśmy zaradni.

Jakiego typu prośby o pomoc otrzymuje fundacja Wiedzieć Więcej, którą Pan prowadzi?

Najczęściej zajęcia się jakimś tematem. Wiele osób pomimo 30 lat demokratycznego systemu nadal boi się korzystać z praw, które daje im Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie się boją. Szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie można się narazić na ostracyzm tylko dlatego, że rusza się jakiś zastany układ grup interesów powiązanych politycznie. Można się narazić. Siebie albo kogoś ze swojej rodziny – bliższej czy dalszej. Są też osoby, które mają odwagę, ale nie wiedzą, jak się za to zabrać. Bo w szkole uczą, że mamy Konstytucję, jak jest zbudowana, ale jak z niej korzystać w praktyce, to już nie za bardzo. Wydaje się, że to taka wiedza tajemna prawników lub urzędników.

Czy mógłby Pan opisać jakiś przykład walki o dostęp do informacji publicznej, najtrudniejszy lub ważny dla kogoś osobiście, taki który najbardziej został przez Pana zapamiętany?

Chyba mój pierwszy. Bodajże w 2006 roku. Gdy pierwszy raz napisałem wniosek o dostęp do projektu uchwały, która miała umożliwić radnym promowanie się za publiczne pieniądze. Udało mi się, chyba przypadkiem, wyciągnąć ten dokument z urzędu. Może dlatego, że radny nie był zbytnio lubiany. Jednak nie obyło się bez pomocy urzędowego prawnika. Musiał on bowiem ówczesnemu rzecznikowi prasowemu łopatologicznie tłumaczyć, że skoro w jego opinii prawnej do mojego wniosku napisał, że to jawna informacja, to oznacza, że jest jawna i ma mi te dokumenty wydać.

Jak można się włączyć w walkę o dostęp do informacji publicznej?

W całym tym, nazwijmy to – temacie informacji publicznej, chodzi o to, żeby mieć stały dostęp do dokumentów źródłowych. Tak, aby po jakimś czasie można było wrócić do sprawy i mieć możliwość przypomnienia sobie, o co chodziło na początku. Dokładnie tak samo działają urzędy czy sądy. Na przykład istnieją akta jakiejś sprawy o danym numerze. Urzędnik ma je wszystkie pod nosem, ostatecznie w archiwum. Chodzi o to, żeby reszta obywateli widziała, na jakie dokumenty się powołuje, czego dotyczą. Co najważniejsze, czy nie robi tego wybiórczo zgodnie z naciskami albo że mu jest wygodnie. I to nie tylko dotyczy urzędów, ale przede wszystkim polityków, bo decyzje na szczeblu krajowym mają na nas wpływ w znacznie szerszym kontekście. Jeżeli ktoś uważa, że ujawnianie danych ma sens, powinien znaleźć sobie temat do analizy i to zrobić. A jak już urząd mu je udostępni – niech pokaże je innym.

Mam nadzieję, że pytających i odpowiadających będzie coraz więcej, dziękuję za rozmowę!

Pomóż jawności i naszej niezależności!

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *