Poprzedni

Mamy kamerę, ale to nie odstrasza sprytnych cwaniaków

Od ponad 30 lat opisuję problemy ludzi i ujawniam nieprawidłowości na styku polityki, samorządu i biznesu. Dlatego wiem, że prawo do informacji publicznej jest jedną z podstaw funkcjonowania demokracji. Sprawa jest prosta: jawność działań publicznych utrudnia prowadzenie szemranych interesów.

Może nie wszyscy pamiętają, jak wyglądał początek lat 90. Przejmowanie zakładów za bezcen, wszechobecny nepotyzm, kolesiostwo i rozmaite układziki.

No dobrze, wiem, że ktoś powie: dziś też występują takie patologie. To prawda. Ale wprowadzona w 2001 roku ustawa o dostępie do informacji publicznej zadziałała jak swoisty monitoring. Jasne, nawet najlepsze kamery nie uchwycą sprytnego złodzieja, ale niektórych przynajmniej odstraszą.

Czy to znaczy, że możemy być dumni i zadowoleni, bo wreszcie mamy świetne narzędzie kontroli? I tak, i nie.

Z jednej strony powstała ustawa, która przewiduje sankcje, nawet karne, wobec tych, którzy łamią prawo. Z drugiej, wiele jej przepisów jest niedoskonałych, a może raczej nieprecyzyjnych. A wiadomo: jeśli przepisy można różnie interpretować, każdy będzie to robił po swojemu. I tak właśnie się dzieje.

Pamiętam, gdy pierwszy raz skorzystałem z ustawy. Urzędnicy byli zaskoczeni. Nie bardzo wiedzieli, jak rozpatrzyć mój wniosek, a ponieważ zażądałem konkretnych dokumentów, zdziwienie było jeszcze większe. Dlaczego?

Bo dotąd dziennikarze korzystali z niedoskonałego i przestarzałego prawa prasowego. Urzędnicy wiedzieli, że dziennikarz może zapytać, ale to oni decydowali, jakiej odpowiedzi udzielą. Często zawierała ona tylko część prawdy. Reszta pozostawała ukryta. Tymczasem dziennikarz wystąpił o udostępnienie konkretnych dokumentów. Zamieszanie było ogromne.

Pierwszą reakcją było zignorowanie wniosku. Odpowiedzi nie dostałem. Złożyłem więc skargę na bezczynność. Dla urzędników była to nowość, ale znów wykazali się nonszalancją: burmistrz nawet nie przekazał skargi do sądu. Napisałem więc do sądu i wniosłem o wymierzenie grzywny. Sąd bez wahania to zrobił, choć grzywna była symboliczna. Zresztą do dziś finansowe konsekwencje łamania prawa mają podobny wymiar. A szkoda, bo nic nie boli urzędników bardziej niż konieczność wydania pieniędzy, ale własnych pieniędzy. To również powinna zakładać ustawa.

Po pewnym czasie dokumenty otrzymałem, ale z każdym kolejnym wnioskiem było coraz gorzej. I tu właśnie muszę dodać łyżkę dziegciu.

Owszem, mamy ustawę, w założeniach nawet niezłą. Ale, jak pisałem na początku, problem tkwi w braku precyzji. Decydenci doskonale to wykorzystują. Przykłady? Proszę bardzo. Podstawowy przepis, czyli art. 13, stanowi:

 

  1. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku, z zastrzeżeniem ust. 2 i art. 15 ust. 2. 
  2. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w terminie określonym w ust. 1, podmiot obowiązany do jej udostępnienia powiadamia w tym terminie o powodach opóźnienia oraz o terminie, w jakim udostępni informację, nie dłuższym jednak niż 2 miesiące od dnia złożenia wniosku.”

 

Celowo podkreśliłem istotne fragmenty. Zauważcie, że określenie „bez zbędnej zwłoki” pozostawia pole do interpretacji. Dla każdego urzędnika może oznaczać coś innego.

Ustęp 2 również budzi moje zastrzeżenia. Co w praktyce oznacza, że informacja „nie może być udostępniona” w ciągu 14 dni? Jakie powody uzasadniają wydłużenie terminu nawet do dwóch miesięcy?

W efekcie władza, która nie chce szybko udostępnić informacji, interpretuje te przepisy po swojemu.

Znam burmistrza, który obecnie ma zarzuty prokuratorskie i jest odsunięty od sprawowania urzędu. Powołał specjalny dział do obsługi wniosków. Zatrudnił w nim trzy osoby, które miały pilnować terminów.

Po 14 dniach dostawaliśmy zawsze niemal identyczną odpowiedź: urząd ma wiele obowiązków, jest zapracowany i musi najpierw zaspokoić potrzeby mieszkańców. W związku z tym odpowiedź otrzymamy w terminie do dwóch miesięcy.

Kiedy ją dostawaliśmy? Dokładnie ostatniego dnia tego okresu. Dlatego gdy wysyłam wniosek do trzebnickiego urzędu, z góry zakładam, że na odpowiedź poczekam 2 miesiące.

Pewien sposób znaleźli radni, którzy również chcieli pozyskiwać dokumenty. Mieli ten sam problem, ale dysponują dodatkowym narzędziem: interpelacjami składanymi na piśmie, na które odpowiedź muszą otrzymać w ciągu 14 dni. Owszem, w ten sposób nie dostaną dokumentów, ale przynajmniej uzyskają odpowiedzi.

Może dlatego po latach korzystania z ustawy o dostępie do informacji publicznej nie jestem jej bezwarunkowym fanem. Dobrze, że istnieje. Nadszedł jednak czas, aby ją doprecyzować i uszczelnić.

Urzędnikom nie można pozostawiać tak szerokiego pola do własnych interpretacji.

*Daniel Długosz – Dziennikarz – redaktor naczelny Nowej Gazety Trzebnickiej i portalu nowagazeta.pl. Z mediami związany jestem od 30 lat. Poruszam trudne tematy i piszę o sprawach kontrowersyjnych. Ujawniam afery na styku władzy, polityki i biznesu. Cenię wolność słowa i transparentność. W wolnych chwilach oddaję się swojej pasji czyli podróżom motocyklowym.

 

Podoba Ci się ten artykuł? Wesprzyj nasze działania darowizną.

zł

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *