#LudzieSieci: Prawo do informacji zrujnowało mi życie !

Na stronie Watchdoga pisze o sobie: Z zawodu jestem aktorką teatralną, jednak coraz bardziej interesuje mnie to, co w kulisach kryją różne władze. Przekonałam się, jak duże znaczenie dla demokracji i funkcjonowania społeczeństwa ma wyciąganie na światło sceny tego, co dzieje się poza zasięgiem wzroku widzów – obywateli i obywatelek. Zapraszamy na wywiad z członkinią Watchdoga Aliną Czyżewską.

Janna Gucman-Muż: Alino, skąd się u Ciebie wzięła działalność społeczna jako pomysł na siebie, na jakieś dodatkowe zajęcie, a potem też na życie? Chodzi mi szczególnie o obszar kultury i jawności w kulturze. Dlaczego postanowiłaś zajmować się kulturą od zupełnie innej strony niż ta aktorska?

Alina Czyżewska: To nie była moja świadoma decyzja, żeby się zająć kulturą, ale w ogóle, żeby zająć się społecznie sprawami różnymi – obywatelskimi, miejskimi. Założyliśmy ruch społeczny Ludzie dla Miasta w Gorzowie Wielkopolskim, żeby zmienić rzeczywistość, która była już taka zaśniedziała – 16 lat rządzący prezydent.

Ale nie byłaś jeszcze wtedy członkinią Sieci?

Nie, jeszcze nie.

W którym to było roku, pamiętasz?

2014 rok. To był rok, kiedy były wybory samorządowe i to było dla nas wszystko nowe. Kierowaliśmy się chęcią zmiany tego, co jest i obudzenia ludzi. Szukaliśmy dróg, żeby to robić, żeby pokazać, że miasto należy do nas, a nie do urzędników. Nie do prezydenta, nie do radnych. Że to jest nasza wspólne dobro i mamy prawo żądać, oczekiwać, kontrolować. To wszystko [co robiliśmy – przypis red.] wynikało raczej z intuicji i chęci wprowadzenia nowej narracji.

Szukając w internecie sposobów działania, trafiłam na Kaliską Inicjatywę Miejską. Zadzwoniłam do nich, rozmawialiśmy o problemach naszych miast, i Kalina [Kalina Michocka z KIM – przypis red.] powiedziała: A to zaproście Szymona Osowskiego. I tak pojawił się Watchdog.

Zrobiliśmy w lokalnej księgarni spotkanie z mieszkańcami. I to spotkanie było dla mnie takim przewartościowaniem tego wszystkiego, co myślę o mieście, o władzach, o państwie.

Wcześniej miałam taką wizję rzeczywistości, akceptowałam taki status quo, że jest władza, która ma rację, bo ma aparat, pieniądze, prawników z tajemną wiedzą i są bezsilni wobec nich obywatele. Szymon przedstawił zupełnie inny obraz świata, ale nie swój idealistyczny, a taki, jaki mamy zapisany w prawie. W Konstytucji, w ustawach.

Czy to właśnie po tym spotkaniu zainteresowałaś się jakoś bardziej prawem do informacji?

Pamiętam, że moja pierwsza reakcja była taka: Ojejku, my wszystko możemy wiedzieć, ale co to jest “wszystko”? Możesz wszystko, ale właściwie co?

Miałam nikłą wiedzę o tym, jakie dokumenty ma urząd, co gromadzi. Nie wiedziałam o co pytać, co jest właściwie w tych ustawach. To była dla mnie wiedza nieoswojona, tajemna, specjalistyczna, prawna, polityczna, czyli zupełnie inny świat niż nasz obywatelski. 

Pamiętam, jak poszłam pierwszy raz na sesję rady miasta i po raz pierwszy doświadczyłam tego, jak to są bardzo niekompetentni ludzie, którzy biorą publiczne pieniądze, którzy decydują o mieście. Radni nie znali prawa.

Wtedy też pierwszy raz zabrałam głos na sesji. Trwała dyskusja o tym, czy radni mają prawo wiedzieć, gdzie wyjechał prezydent miasta, a wice-prezydent nie chciała udzielić tej informacji. Wyszukałam w internecie odpowiednią ustawę i po prostu powiedziałam, co jest w niej napisane.

Zdziwiło mnie, że wśród ponad 20 radnych, wśród których byli prawnicy, nauczyciele, osoby, które sprawują mandat już kolejną kadencję i nikt nie wiedział, w jakim otoczeniu prawnym działa, co im wolno, a co nie i jakie jest prawo. A wystarczyło włączyć internet. Wtedy moje wyobrażenie o władzy jako kompetentnych ludziach, którzy są ponad “zwykłymi obywatelami i obywatelkami” zaczęło się zmieniać.

Z tego spotkania z Szymonem poza wszystkim, co dotyczyło prawa do informacji, wryło mi się w pamięć takie zdanie, że w Polsce rządzi zwyczaj, a nie prawo. Robimy coś, bo tak zawsze było, tak się utarło, nie czytając i nie rozumiejąc prawa. W takiej sytuacji ten, kto ma władzę, robi jak chce, jest monarchą. A przecież prawo ma nas zabezpieczać i chronić przed nadużyciami władzy. To jest wiedza powszechna, więc dlaczego nikt nam jej nie przekazuje?

To był 2014 rok. Kilka lat minęło, a Ty w międzyczasie zajmowałaś się wieloma różnymi rzeczami i tematami.

Tak, ale od kultury trzymałam się daleko.

Co się w takim razie wydarzyło, że jednak postanowiłaś przyjrzeć się własnemu środowisku? Teraz jesteś szerzej znana jako aktywistka w obszarze jawności w kulturze, a jeszcze do niedawna byłaś aktywną zawodowo aktorką.

Wcześniej nie zajmowałam się tym tematem, bo nie chciałam ściągnąć na siebie problemów, ale w końcu to samo do mnie przyszło. Pierwsza taka sprawa, która nie wiązała się z prawem do informacji i kontrolowaniem władzy, ale właśnie z tym, że wszyscy uznajemy, że to, co robi władza jest jedynie słuszne i że władza się nie myli. Powtarzamy bzdury, które myślimy, że są prawem. I taką bzdurą w świecie teatru i w ogóle w świecie kultury, jest to, że w konkursach na dyrektora instytucji kultury, komisja konkursowa tylko rekomenduje kandydata, ale decyzję ma ten “król i władca” – prezydent, marszałek czy wójt. Była taka sprawa w jednym z toruńskich teatrów, gdzie konkurs na dyrektora wygrała osoba, która nie spodobała się marszałkowi, więc podjął uchwałę unieważniającą ten konkurs. Cały świat teatru myślał, że marszałek miał do tego prawo, a komisja jedynie “rekomenduje” kandydata, gdy tymczasem było inaczej.

To była Twoja pierwsza sprawa związana z teatrem, kulturą. Co było potem?

Worek spraw związanych z tą tematyką się nie rozsypał. Tak nie było. Byłam wtedy [rok 2015 – przypis red.] znana w środowisku kultury raczej jako aktywistka miejska, która interesuje się i interweniuje w różnych sprawach samorządowych, dużo pisze na Facebooku na ten temat, pokazując co robię, odzierając ten patos z organów władzy publicznej.

Pytałam wtedy m.in. o wynagrodzenia urzędników Gorzowa Wielkopolskiego czy o wydatki związane z organizacją święta miasta.

Za namową Bartka Wilka z Watchdoga, którego poznałam w trakcie Szkoły Inicjatyw Strażniczych organizowanej przez Sieć w 2015 roku, zaczęłam publikować w internecie swoje pisma do różnych instytucji. Tak się zaczęło moje komunikowanie tego, co robię, na zewnątrz. Tłumaczenie prostym językiem rzeczywistości prawnej ludziom, którzy po pewnym czasie zobaczyli, że nie muszą się bać, kiedy widzą, że coś się dzieje złego, że można pytać, sprawdzać, że jest taka Czyżewska, która podpowie, co robić.

Mówiłaś co robić, czy robiłaś?

I tak, i tak. Mówiłam ludziom, co można zrobić, ale też sama podejmowałam tematy np. jeździłam na sesje do innych miast. W ten sposób trafił się też temat sportu i dotowania go przez miejskie spółki.

Czyli kolejne obszary…

Tak! Bo ta kultura nie była dla mnie taka oczywista. Trochę nie zauważałam tego, co jest nie tak. Dopiero z czasem zaczęły do mnie przychodzić różne wątpliwości związane z taką kulturą tajemnicy w środowisku teatralnym, jak np. to, że nie możemy rozmawiać ze sobą o swoich stawkach, że o pieniądzach mówi się szeptem, że to nieelegancko mówić o pieniądzach i de facto nie wiadomo, jakie są te stawki i czy nie jesteśmy oszukiwani. Władzy to na rękę. Nie rozmawiamy, więc nie wiem,y czy jesteśmy sprawiedliwie traktowani, czy jesteśmy dyskryminowane. 

Pamiętasz jaka była Twoja większa sprawa, którą się zajęłaś i przebiła się do opinii publicznej?

Taką sprawą, która miała moim zdaniem duży wpływ na zmianę świadomości w środowisku kultury, była sprawa z Rzeszowem 3 lata temu, kiedy prezydent zablokował spektakl, w którym pojawiały się wątki pedofilii wśród księży. Prezydent objawił ludowi, że podjął decyzję o zawieszeniu prób. Decyzja? Aha, organy władzy działają aktami prawnymi, a nie swoją wolą i słowem, a decyzja – to w przypadku organu władzy papier z konkretnymi zapisami i podaniem podstaw prawnych, z których muszą wynikać kompetencje prezydenta do podejmowania działań w danym obszarze. Napisałam wtedy trzy prześmiewcze listy publiczne do prezydenta, w których przedstawiłam absurd i bezprawność tej sytuacji i “odpytałam” publicznie prezydenta, wnioskując o tę decyzję. Oczywiście okazało się, że takiego dokumentu nie ma – bo nie może być, bo prezydent nie ma takich kompetencji. Że w Polsce rządzi prawo, a nie gust i czyjaś wola. Nieco wyśmiewając i kpiąc z nieudolności władzy, uświadomiłam dziennikarzom i środowisku, że należy żądać dokumentów, że należy rozliczać, a nie wierzyć na słowo, że można pytać wprost, a nie szeptem w kuluarach, i głośno korzystać ze swoich praw. Działania organów są jawne. Mają działać w zgodzie z prawem i w granicach prawa, tylko że my o tym nie wiemy, bo nie uczymy się tego.

Dosyć głośno było też o sprawie plagiatu w konkursie na dyrektora Muzeum Śląskiego w Opolu. Za ujawnienie tej sprawy zostałam pozwana przez województwo opolskie.

Twoja historia pokazuje, że sama na początku nie miałaś tej wiedzy i dopiero z czasem nauczyłaś się z niej korzystać, zaczynając od lokalnych działań miejskich, przez sport, po kulturę…

Tak. Zaczęło się od ruchów miejskich. Od Gorzowa. Ale bycie w sieci ludzi, kontakt z Kongresem Ruchów Miejskich, udział w Szkole Inicjatyw Strażniczych, wymiana wiedzy i doświadczeń pokazały mi, jak wygląda stosunek władzy, radnych do obywatelek i obywateli w różnych miejscach w Polsce. Jak wygląda ta demokracja lokalna.

Wróćmy na chwilę do Watchdoga. Jak zostałaś członkinią stowarzyszenia?

Zadzwoniła do mnie z zaskoczenia Kasia Batko-Tołuć i zaproponowała mi członkostwo, a ja byłam w szoku, niedowierzaniu, no i się zgodziłam [śmiech – przypis red.].

Czym jest dla Ciebie prawo do informacji? Co ci dało?

Powiem wprost – zrujnowało mi życie. Myślałam, że będę aktorką, że można działać, zmieniać rzeczywistość poprzez teatr, ale okazało się inaczej.

O co najczęściej pytasz i kogo? Do czego służy Ci prawo do informacji?

Czasem do pokazywania, edukowania władzy, że jest takie prawo, bo często nadal nie wiedzą, że ono w ogóle  istnieje np. szkoły są takimi instytucjami. Zwracają się do mnie uczniowie z różnymi problemami i staram się im pomagać, a co robią szkoły? Często wrzucają moje wnioski do folderu SPAM, udając że pytania nie było. Łamiąc prawo, oszukując! I robią to nauczyciele, szkoła, która ma uczyć.

Z innych spraw, którymi teraz się interesowałam była np. kwestia odwiedzin w szpitalach, które tworzyły sobie własne prawa, zakazy i nakazy związane z działaniem w pandemii. Zamykały drzwi dla odwiedzających na oddziałach psychiatrii dziecięcej, czy oddziałach dla osób starszych, uniemożliwiając rodzinom kontakt, odwiedziny, a przy okazji skontrolowanie i sprawdzenie, czy za tymi drzwiami nie dzieje się coś nie tak. I tu prawo do informacji pozwala mi stawać w obronie praw człowieka w ogóle i egzekwować je, dlatego ja pytam, tłumaczę, żądam pokazywania dokumentów, na podstawie których wydawane są zakazy, regulaminy, decyzje.

Staram się też uczyć ludzi, że to my mamy władzę jako naród. My nie jesteśmy poddanymi, a władzą, tylko trzeba się nauczyć z tej władzy korzystać. Pokazuję, że relacja władza – obywatel jest inna niż jesteśmy uczeni, że ta hierarchia jest odwrotna niż my mamy wdrukowane i że to spojrzenie można przenieść na inne instytucje np. szpitale, szkoły teatralne itd. 

Wiedza to władza. Staram się zmniejszać tego potwora, jakim jest “władza”. Pokazuję, że zwyczajna osoba może wygrać z Kancelarią Premiera, z województwem itd.

Jaki jest Twój (dotychczas) największy sukces w obszarze działań związanych z jawnością?

To jest proces, który dzieje się cały czas. Trudno mi znaleźć jedną rzecz.

Ten proces się dzieje, np. w teatrach ludzie zaczęli rozmawiać ze sobą o pieniądzach, mniej boją się pytać. Zmienia się pogląd, ocena społeczna tego np. ile zarabiają znane nazwiska w świecie artystycznym. Ludzie dostrzegają tą niesprawiedliwość, dyskryminowanie czy nierówne traktowanie, ujawniają przemoc, a wiedza i rzetelne informacje powodują, że możemy dyskutować, rozmawiać i coś zmieniać. Przestajemy wierzyć, że władza ma rację.

Czy takich osób, jak Ty, w środowisku kultury jest więcej? Widzisz jakąś zmianę?

Tak i zastanawiam się, jak to zmultiplikować, żeby było ich jeszcze więcej.

Widzę, jak zwłaszcza wśród młodych ludzi szybko owocuje świadomość tego, że można pytać, można żądać informacji i jak bardzo szybko inspirują ich do działania kolejne osoby z ich otoczenia. I to jest fala, ale my [Watchdog – przypis red.] nie jesteśmy dużą organizacją. Nie damy rady zakiełkować tej idei w głowach 40 milionów Polaków. To powinien robić system – szkoła. Tylko że sposób, w jaki to robi, nie działa.

Wielu problemów można byłoby uniknąć, gdybyśmy wszyscy jako obywatele byli świadomi narzędzi, z jakich możemy korzystać.

Na koniec jeszcze powiedz, czego byś w takim razie życzyła Sieci z okazji jej 18-lecia?

Rozmnażania. Rozmnażania, wirusowania, żeby ten wirus jawności się rozprzestrzeniał, bo to jest taki dobroczynny wirus, który roznosi się czyniąc dużo dobra. To jest taki wirus demokracji, który pokazuje ludziom, że mają władzę.

Dziękuję za rozmowę!

 

Więcej o Alinie znajdziesz w dziale Zespół.

Pomóż jawności i naszej niezależności!

Komentarze

  1. rozczarowany

    To dziwny sposób rekrutacji. Do mnie pewnie Kasia nigdy nie zadzwoni.

    1. Adam Dobrawy

      Co jest dziwnego w takim sposobie rekrutacji do stowarzyszenia – dobrowolnego zrzeszenia ludzi? Jak do takiej organizacji rekrutacja powinna wyglądać?

      Kasia jest członkiem, a członkowie wzajemnie rekomendują kolejnych członków, którzy dobrze rokują dla celów Stowarzyszenia. Statut Stowarzyszenia stanowi: “Członkiem zwyczajnym może być osoba fizyczna, która złożyła deklarację wraz z rekomendacjami dwóch członków lub członkiń zwyczajnych lub udokumentuje prowadzenie działań zgodnych z celami statutowymi Stowarzyszenia.” (§13 ust. 1 Statutu Stowarzyszenia opublikowany w BIP https://bip.siecobywatelska.pl/index.php?id=736&id2=4 )

      1. rozczarowany

        Nie wiem po co są członkowie. Ale jeżeli potrzeba ich posiadania wynika z braku rąk do pracy, to lepiej jak to są ręce, które najlepiej pracują, a nie tylko znajome ręce. Gdyby urząd tak niejawnie rekrutował, to pewnie byłby krzyk. Jasne – jest statut, który mówi, że tak można. Ale nie znaczy to, że taki proces nie może być jawny. Można go np. zainicjować ogłaszając wszystkim, że członków się szuka (a nie dzwonić po znajomych).

        1. Katarzyna Batko–Tołuć

          Ta sprawa jest dość prosta. Są stanowiska, gdzie szukamy ludzi na rynku. Ale są takie, do których potrzebujemy pewnego typu ekspertów. Kto lepiej zna się na prawie do informacji niż nasi członkowie i chciałby z nami pracować? Oczywiście przyjmuję krytykę, gdyż zgadzam się, że trzeba dążyć do maksymalnej transparentności. Ale zatrudnianie ekspertów jest akurat zazwyczaj dosyć uznaniowe wszędzie. I myślę, że warto dodać coś, co nie jest oczywiste dla osób, które nie prowadziły organizacji. Zatrudnienie w organizacji jest zatrudnieniem niepewnym i zazwyczaj słabo płatnym. Nie jesteśmy atrakcyjnym pracodawcą. To się zmieniło dopiero w ostatnich dwóch latach. Ale generalnie zdarza nam się, że przy naszych stawkach nie jesteśmy w stanie zrekrutować nikogo, kto zechce dla nas zrobić to, na czym nam zależy i wtedy wręcz musimy szukać po znajomych (to dotyczy zwłaszcza IT). Pewna stabilizacja finansowa, która udało nam się osiągnąć, pozwoli nam poprawiać standardy. Czego mam nadzieję życzy nam Pan. Gdyby chciał Pan zobaczyć jak zmieniała się atrakcyjność pracy u nas, proszę zobaczyć archiwum tego linku https://bip.siecobywatelska.pl/index.php?id=836&id2=828

        2. Adam Dobrawy

          Myślę, że zatrudnienie, a członkostwo w Stowarzyszeniu są odrębnymi kwestiami. Nawet w niektórych aspektach członkostwo i zatrudnienie się wykluczają.

          W przypadku zatrudnienia musimy dzielić skromne zasoby, aby je najefektywniej wykorzystać na działania Stowarzyszenia. W tym zakresie publikujemy informacje o ofertach pracy i staramy się w taki sposób pozyskiwać osoby. Ze względu na skromne zasoby dzieje się to z różnym rezultatem. Zatrudniać możemy w tych chwilach, gdy zasoby Stowarzyszenia pozwalają na zatrudnienie nowej osoby.

          W przypadku członkostwa przyjmujemy, że najistotniejszy jest bagaż doświadczeń członka w obszarze celów Stowarzyszenia. Członkowie nie otrzymują wynagrodzenia, a nawet zabronione jest przekazywania majątku Stowarzyszenia na rzecz jego członków i członkiń, na zasadach innych niż w stosunku do osób trzecich, w szczególności jeżeli przekazanie to następuje bezpłatnie lub na preferencyjnych warunkach. Dla członków stanowi to zatem koszt. Zgłoszenia na członków można zgłosić przez cały rok i przez cały rok są one przyjmowane i rozpatrywane. Informacja o tym kto może zostać członkiem i w jaki sposób to zrobić nie jest w żaden sposób ukryta.

          Są wśród nas członkowie, którzy do deklaracji dołączyli rekomendacje innych członków. Są wśród nas członkowie, którzy jedynie posłuchali sugestii obecnego członka, aby złożyć deklaracje i przedstawić swoją działalność. Są także członkowie, którzy “wzięli się z ulicy” i po prostu przedstawili swoją działalność, złożyli deklaracje członkowską, a po jej weryfikacji zostali członkami.

          Członkostwo jest pokrewne w zakresie możliwości dołączenia do wolontariatu. Ja staram się zachęcać wszystkich, których spotkam, a którzy mają odpowiednie kompetencje do zostania wolontariuszem. Współpraca z wolontariuszy nie wymaga takich zasobów jak nowy pracownik. W zakresie IT, gdzie najwięcej w Stowarzyszeniu działam, mamy większość kodu źródłowego dostępnego online i standardowe procedury proponowana jego usprawnień. Zdarzają się nawet osoby całkiem zza granicy, którym wyskoczymy jako kompatybilni technologicznie, a nie pod względem celów statutowych. Dodatkowo mamy regularne, otwarte spotkania on-line, o których informujemy, gdzie każdy może zostać wolontariuszem IT i uzyskać informacje o postępach.

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.