Poprzedni

Prawo do informacji nie jest nagrodą za dobre intencje

Przeczytałam artykuł zastępcy wójta gminy Purda, Pana Marka Redy, „Algorytm kontra urząd” i pomyślałam, że dobrze pokazuje on, w jakim miejscu znalazła się dziś dyskusja o prawie do informacji publicznej. Coraz mniej rozmawiamy o tym, jak otwierać urzędy przed mieszkańcami, a coraz więcej o tym, jak chronić urzędy przed pytającymi.

Nie jestem prawniczką, ale od 15 lat pracuję w Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska i przez ten czas miałam okazję obserwować, jak zmienia się podejście do jawności.

Mam poczucie, że kiedy zaczynałam pracę w Stowarzyszeniu, mieliśmy znacznie więcej powodów do radości, jeśli chodzi o przesuwanie granicy przejrzystości urzędów. Udawało się otwierać kolejne drzwi, często dzięki wyrokom sądów administracyjnych. Sądy potwierdzały na przykład, że osoby zawierające umowy z urzędem muszą liczyć się z jawnością informacji o tych umowach, bo chodzi o wydawanie publicznych pieniędzy. Czułam, że jawność stopniowo może stać się czymś normalnym. Że mieszkańcy nie będą musieli tłumaczyć, dlaczego chcą wiedzieć, jak działa ich gmina, a obywatele, jak działa państwo.

Od kilku lat mam jednak wrażenie, że idziemy w przeciwnym kierunku.

Im więcej ludzie pytają, tym więcej pojawia się sposobów, żeby im nie odpowiadać.

Niestety, wiele kierunków orzecznictwa również temu sprzyja. Mam wrażenie, że argumenty o trudnościach organizacyjnych urzędów trafiają do składów orzekających sądów administracyjnych ze szczególną łatwością. Sędziowie zdają się rozumieć i podzielać troskę urzędników o to, ile pracy wymaga odnalezienie dokumentów, ile czasu zajmuje ich przygotowanie i jak bardzo odpowiadanie na pytania mieszkańców utrudnia codzienne obowiązki. Znacznie trudniej natomiast przekonać ich, jak ważna jest skuteczna kontrola obywatelska, czyli prawo do otrzymywania odpowiedzi na zadawane pytania. Jawność sprzyja staranności, odpowiedzialności i ogranicza ryzyko korupcji. Dlatego nie powinniśmy traktować pytań mieszkańców wyłącznie jako kosztu.

Od wyjątków do sposobów na odmowę

Ustawa o dostępie do informacji publicznej przewiduje sytuacje, w których dostęp do informacji może być ograniczony albo wymaga spełnienia dodatkowych warunków. Problem w tym, że rozwiązania pomyślane jako wyjątki coraz częściej stają się narzędziami utrudniającymi dostęp do informacji.

Tak od lat dzieje się z pojęciem informacji przetworzonej, a w mniejszym stopniu również z opłatami za udostępnienie informacji.

Jeszcze bardziej niepokoi mnie kariera pojęcia „nadużywania prawa do informacji”. Nie znajdziemy go w ustawie jako odrębnej przesłanki odmowy, a mimo to pojawia się w argumentacji urzędów i w orzecznictwie. Tymczasem art. 2 ust. 2 ustawy mówi jasno: od osoby korzystającej z prawa do informacji nie wolno żądać wykazania interesu prawnego ani faktycznego. Oczywiście są granice dotyczące samej informacji, ale to nie urząd powinien rozstrzygać, czy moje intencje są wystarczająco szlachetne. A właśnie w tę stronę zaczynamy zmierzać. Urzędy chciałyby, a w niektórych przypadkach już to robią, móc oceniać nie tylko pytania, lecz także pytających. Czy rzeczywiście potrzebują informacji? Czy mają dobre zamiary? Czy przypadkiem nie chcą zrobić komuś na złość?

Dokąd nas to zaprowadzi? Czy zaczniemy ustalać dopuszczalną liczbę wniosków? Dziesięć rocznie będzie w porządku, ale pięćdziesiąt to już nadużycie? A może limit dopuszczalnych pytań będzie zależał od liczby mieszkańców gminy albo wysokości jej budżetu?

To ślepa uliczka. Zaczynamy dyskutować o tym, ile razy obywatelowi wolno skorzystać z przysługującego mu prawa, zamiast zastanowić się, dlaczego tak wiele informacji nadal trzeba wydobywać z urzędów za pomocą wniosków i jak ułatwić urzędom przetwarzanie i publikowanie informacji, w których posiadaniu są.

Co urząd zrobił, żeby mieszkańcy nie musieli pytać?

W artykule Marka Redy pojawia się liczba 1098 pytań skierowanych do gminy Purda przez jedną osobę w ciągu dziewięciu miesięcy. Rozumiem, że taka sytuacja jest dla urzędu trudna. Znamy oczywiście przypadki osób, które wykorzystują prawo do informacji przede wszystkim po to, by utrudnić pracę urzędu. Dla nas, jako organizacji broniącej tego prawa, jest to również ogromny problem, ponieważ takie sytuacje dostarczają argumentów tym, którzy chcieliby ograniczać jawność wszystkim. Nie zamierzam przekonywać, że każdy wniosek jest rozsądny i że każde działanie osoby wnioskującej zasługuje na pochwałę.

Chciałabym jednak zapytać, w kontekście artykułu, który był przyczynkiem do napisania tego tekstu, co gmina Purda zrobiła, żeby informacje ważne dla mieszkańców były dostępne bez konieczności składania wniosków?

Czy zwiększyła zakres dokumentów publikowanych w BIP? Czy udostępnia rejestry umów, wydatków, informacje o podejmowanych decyzjach w sposób pozwalający łatwo je wyszukiwać i analizować? Czy zastanawiała się, jak wykorzystać nowe technologie, żeby raz przygotowana informacja była dostępna dla wszystkich?

W odpowiedzi na nasz wniosek o informację dotyczący liczby wniosków złożonych do Urzędu Gminy Purda w 2025 r. wynika, że Urząd otrzymał wtedy 171 wniosków i na 167 odpowiedział w całości. Dodatkowo planowane jest wprowadzenie publikacji wniosków oraz udzielonych odpowiedzi w Biuletynie Informacji Publicznej. Sam Biuletyn wygląda przejrzyście. To bardzo dobre wiadomości. Żałuję, że zastępca wójta gminy nie dzieli się nimi w swoim artykule, a opisuje sytuację z perspektywy „człowiek kontra urząd” i widzi przyszłość przede wszystkim w ciemnych barwach. 

A możliwe rozwiązania już się pojawiają – i to również dzięki sztucznej inteligencji. Na przykład portal z-dykty.pl, który przetwarza i prezentuje dostępnie publiczne dane, udostępnia gminom wtyczkę, która ułatwia mieszkańcom zapoznanie się z danymi, które gmina gromadzi. Skorzystała z tego już gmina Pawonków. 

To jest właśnie kierunek, o którym chciałabym rozmawiać. Nie o tym, jak utrudnić obywatelom zadawanie pytań – bo nawet pozornie niewinny wymóg podpisania się pod wnioskiem może, zwłaszcza w małej gminie, skutecznie zniechęcić mieszkańców do korzystania z prawa do informacji. Chciałabym, żebyśmy zamiast tego zastanawiali się, co zrobić, aby mieszkańcy nie musieli o tak wiele rzeczy pytać, bo potrzebne im informacje będą po prostu dostępne. Czasem wystarczy lepiej zorganizować obieg dokumentów, publikować informacje z wyprzedzeniem czy stworzyć łatwy do przeszukiwania rejestr. Oczywiście wymaga to pracy i nakładów, ale przecież może przynieść korzyści obu stronom: mieszkańcom, którzy łatwiej dotrą do informacji, i urzędnikom, którzy nie będą musieli wielokrotnie odpowiadać na te same pytania.

Jeden przypadek nie opisuje całej Polski

W tym roku przeprowadziliśmy monitoring dotyczący realizacji wniosków o informację publiczną w 2025 roku. Raport niebawem na naszej stronie.Tymczasem pokrótce o tym, o co pytaliśmy i czego się dowiedzieliśmy.

Zapytaliśmy 2828 instytucji o liczbę otrzymanych wniosków, sposób ich rozpatrywania, odmowy, opłaty i organizację pracy związanej z udostępnianiem informacji.

Wśród opublikowanych odpowiedzi są na przykład urzędy, które otrzymały w całym 2025 roku kilka czy kilkanaście pisemnych wniosków. To pojedyncze przykłady, a nie jeszcze pełny obraz sytuacji w Polsce. Pokazują jednak, dlaczego nie możemy budować opowieści o funkcjonowaniu prawa do informacji wyłącznie na najbardziej spektakularnych przypadkach.

Jeżeli chcemy rozmawiać o skali problemu, potrzebujemy rzetelnych danych z całego kraju. Ilu urzędów rzeczywiście dotyczy zjawisko masowego wnioskowania? Ile wniosków otrzymuje przeciętny urząd? Ile z nich pozostaje bez odpowiedzi i dlaczego?

Bez tych danych łatwo stworzyć wrażenie, że administracja jest powszechnie sparaliżowana pytaniami obywateli.

Znamy oczywiście przypadki osób, które wykorzystują prawo do informacji przede wszystkim po to, by utrudnić pracę urzędu. Ale musimy odróżniać jednostkowe sytuacje od sposobu, w jaki z prawa korzystają tysiące mieszkańców. Nie powinniśmy zmieniać zasad korzystania z konstytucyjnego prawa tylko dlatego, że zdarzają się przypadki trudne lub skrajne.

Dla kogo jest urząd?

Po 15 latach pracy w Sieci Obywatelskiej Watchdog najbardziej martwi mnie zmiana perspektywy. Kiedyś pytaliśmy, jak sprawić, by więcej informacji było jawnych. Dziś coraz częściej słyszymy pytanie, jak sprawić, by mniej osób z tej jawności korzystało. Dlatego zamiast pytać, ile pytań urząd jest jeszcze w stanie wytrzymać, proponuję zacząć od innego pytania: co możemy zrobić, żeby informacja o sprawach publicznych była naprawdę ogólnodostępna? Bo to mieszkańcy mają prawo kontrolować urząd, a nie urząd oceniać, którzy mieszkańcy zasługują na odpowiedź.

Podoba Ci się ten artykuł? Wesprzyj nasze działania darowizną.

zł

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *