#LudzieSieci: Inwestor kupił zalesioną działkę, wyciął drzewa i nawiózł gruz

uśmiechnięta kobieta w bluzce z napisem - jawność sprzyja
na zdjęciu Ewa Majda

Ewą Majda, członkini Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, w rozmowie z Agnieszką Zdanowicz opowiada o swojej działalności.

Agnieszka Zdanowicz: Ewo, czy zawsze czułaś potrzebę działania?

Ewa Majda: Tak, “to coś” zawsze we mnie było. Miałam okresy większej i mniejszej aktywności – działałam w szkolnych radach rodziców, pomagam schroniskom dla zwierząt, wspieram organizacje społeczne skupione wokół pomagania słabszym i wykluczonym. Duża liczba nieszczęść, które nas otaczają, czy to dotyczących ludzi czy świata przyrody, zawsze mnie dotyka i na ile jestem w stanie staram się zaradzić pojawiającym się problemom. Gdy przeprowadziłam się na podmiejską wieś, poczułam spokój płynący z tego miejsca i ta potrzeba pomagania odrobinę się we mnie uśpiła. Ale za to chciałam działać na rzecz swojej najbliższej okolicy, wpływać na jej wygląd, dbać o sielskość naszej wsi.

Jak to się stało, że Twoje działania przerodziły się w kontrolę obywatelską?

Moja przygoda z kontrolą obywatelską zaczęła się od podróży pociągiem do tajemniczego Leszna. A żeby wsiąść do pociągu, czego szczerze nie lubię, zmusiło mnie wydarzenie z kwietnia 2019 r. Po kilku latach spokojnego życia na wsi, budowania dobrych relacji z sąsiadami, wydarzyło się coś, co nas wszystkich wzburzyło i zmusiło do zabrania głosu. Zaczęłam szukać w internecie wiedzy o tym, jak kontaktować się i kontrolować działania gminy, bo żadne z nas nie miało pojęcia, jak się za to zabrać, choć wiedzieliśmy, że coś zrobić musimy. Wtedy trafiłam na informację o szkoleniu „Narzędzia wpływu na administrację publiczną”. Idealnie odpowiadało ono na moje potrzeby poznania prawa w tym zakresie. Ale okazało się, że wiedza to nie wszystko, bo poznałam tam też ludzi mających podobne problemy, jak my i to było równie ważne. Sam wyjazd był niesamowity i stanowił krok milowy w naszych lokalnych działaniach i w moim życiu obywatelskim. Te 2 dni spędzone z innymi watchdogami sprawiły, że zaraz po powrocie zorganizowałam spotkanie z sąsiadami i powiedziałam „słuchajcie, my możemy zrobić wszystko!” Spotkanie dało mi poczucie siły i pewności siebie, zachęciło do pójścia do gminy i złożenia pierwszego z wielu dokumentów. Dotąd miałam z tym problem, bo dorastałam w kraju, w którym przed majestatem urzędu należało czuć strach, a obywatel był przyzwyczajony do niewidzialnych, ale grubych murów pomiędzy władzą a szarym człowiekiem. Dopiero w Lesznie prowadzący spotkanie Szymon Osowski przekonał mnie, że prawa człowieka i Konstytucja RP daje nam prawo do zadania pytań o to, co robią władze.

A czego chcieliście się od władz dowiedzieć razem z sąsiadami? Rozumiem, że było to związane z wydarzeniami z kwietnia 2019 r.?

W mojej wsi jest ogromna, zalesiona, przylegająca do rzeki działka, która zawsze należała do prywatnego właściciela, ale w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego ma status LZ, czyli zalesienia stref źródliskowych. Jest to teren zlewiskowy – sprowadza wody opadowe do rzeki. Początkowa gmina miała go wykupić i zorganizować tam obszar rekreacji dla mieszkańców, jednak do tego nie doszło. Na przestrzeni lat moja wieś bardzo się rozbudowała ze względu na bliskość dużej aglomeracji. W pewnym momencie, zapewne w związku ze wzrostem atrakcyjności tych terenów, działkę wykupił inwestor, a od kwietnia 2019 r. zaczęły się tam dziać rzeczy, które nie pozwoliły nam spać spokojnie. Wycięto drzewa (w kwietniu, czyli w miesiącu ochronnym dla ptaków), zniszczono siedlisko ślimaka winniczka objętego częściową ochroną, zagrodzono miejsce wypasu saren, zrzucono gruz, dowieziono ziemi do przykrycia gruzu, wyrównano teren, żeby nie schodził tak mocno do rzeki, wybudowano wał, który wstrzymuje spływanie wody. W tej chwili teren się osusza i degraduje biologicznie. Po co te wszystkie działania? Niebawem będzie u nas zmieniany plan zagospodarowania przestrzennego i istnieje możliwość, że inspektorat środowiskowy wyda decyzję środowiskową, że ten teren już się nie nadaje jako strefa źródliskowa, a więc można go przekształcić w teren budowlany.

Czy wiedzieliście wcześniej, że szykowane są takie posunięcia czy dopiero hałas buldożerów niszczących drzewa pokazał, jakie plany ma inwestor?

Niczego takiego się nie spodziewaliśmy. O wielu sprawach dowiedzieliśmy się po czasie, bo dochodzenie do informacji i ich zbieranie to był proces. Musieliśmy połączyć to, co się intensywnie działo na działce z tym, co znajdowało się w dokumentach gminy – uchwałach, planach. Zebraliśmy 2 segregatory papierów. Okazało się m. in. że jakiś czas przed kupieniem tej działki przez inwestora (w lipcu 2017 r.) na sesji rady gminy przegłosowano, nagle, bez wcześniejszej zapowiedzi, wniosek o zniesieniu terenu ochronnego na tym obszarze. To haniebne głosowanie przesądziło o losie terenów położonych nad rzeką w kontekście planowanych zmian miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Był to właśnie okres intensywnej rozbudowy naszej wsi – w ciągu 5-7 lat podwoiła się liczba mieszkańców i jest to już 6500 osób. W tym czasie na samej działce nic się jednak nie zmieniło – rosły tam te same drzewa, żyło tam wiele zwierząt. Trudno więc zrozumieć, czemu ten obszar miał przestać być chroniony. Jednak to okazało się dopiero po czasie i nie mogliśmy mieć już na to wpływu. Ale w momencie usłyszenia i zobaczenia buldożerów pojawiła się w nas niezgoda na tak bestialskie niszczenie terenu, który powinien być chroniony, chociażby ze względu na swoje retencyjne przeznaczenie. Dziwne też wydawało nam się, że inwestor niszczy własny teren, jakby przygotowywał go do zabudowy, na co przecież nie było prawnych możliwości. Chcieliśmy to wyjaśnić.

Jakie kroki w związku z tym podjęliście?

Najaktywniej walczyliśmy od kwietnia 2019 r. do lutego 2020 r., bo inwestor podejmował wtedy coraz to nowe działania – plantował teren, zwoził gruz, ogrodził działkę płotem, który wchodził do rzeki, usypał wał. Wysłaliśmy mnóstwo pism do RDOŚ, WIOŚ, GDOŚ, Wód Polskich, Inspektoratów Nadzoru Budowlanego, ale też zawiadamialiśmy policję czy straż gminną, prosząc o natychmiastową interwencję przy wycinkach, wnioskowaliśmy o badania geodezyjne dokumentujące zmianę ukształtowania terenu, zgłaszaliśmy brak badań archeologicznych, które są wymagane. Kilka bezprawnych posunięć inwestora udało się wyprostować. Jednak najważniejszy punkt jeszcze przed nami, a mianowicie sesja Rady Gminy, na której będzie przegłosowywany nowy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Obawiamy się, że po tej totalnej destrukcji działki radni dojdą do wniosku, że nie ma sensu zachowywać tego terenu jako retencyjnego, bo w tej chwili lepiej nadaje się na teren budowlany. My jednak będziemy walczyć. Pewnie bez naszego zaangażowania sprawa przeszłaby bardzo łatwo przez radę, bo nowe działki budowlane oznaczają nowych mieszkańców i podatników.

A czy w tym procesie kontaktowaliście się z gminą i z radnymi?

 Oczywiście. Na początku nie miałam pojęcia, że możemy pisać w takiej sprawie bezpośrednio do gminy, czułam pewien respekt. Ale pomyślałam, że przecież radni pozostają w dialogu z mieszkańcami i są pośrednikami między mieszkańcami a urzędem. Tak więc do radnych, a właściwie „naszego lokalnego” radnego, zwróciliśmy się od razu. Ten radny zresztą mieszka niedaleko terenu, o który walczymy. Przedstawiliśmy mu sytuację, zaprosiliśmy na miejsce, ale po kilku dniach nie było żadnej reakcji ze strony urzędu, a na działce wyrąbano już większość drzew. Nabraliśmy mnóstwo wątpliwości, czy radny nas rzeczywiście reprezentuje w tym sporze. Napisałam więc 4 pierwsze pisma do rady gminy, a dokładniej do komisji skarg i wniosków. Zaczęłam też chodzić na sesje rady i na posiedzenia komisji ochrony środowiska, gdzie poznałam innych radnych. Bardzo długo liczyłam przede wszystkim na pomoc rady i na szczęście osoby z komisji ochrony środowiska okazały się być bardzo uwrażliwione na problemy związane z tym tematem. Poszukiwanie tam sojuszników to był dobry trop. Sami skupiliśmy się dotąd na ochronie przyrody, a tutaj dowiedzieliśmy się, że trzeba jeszcze wziąć pod uwagę politykę. Niestety sam urząd nie chciał z nami współpracować. Pierwszy wniosek o informację w tej sprawie napisałam dosyć późno, bo w lipcu 2019 r. po szkoleniu w Lesznie, ale to i tak dobrze, że poznałam to narzędzie, bo wszystkie informacje musieliśmy wydobywać właśnie w ten sposób. Dzięki szkoleniu wiedziałam, że mogę sama napisać do urzędu i nie muszę prosić radnych o pośrednictwo. A pisma, które wysłaliśmy do rady gminy, zostały przekazane do RDOŚ w Gdańsku, Wód Polskich, wójta, Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowalnego i do prokuratury – zadecydował o tym przewodniczący rady bez informowania innych radnych.

Czy prokuratura podjęła jakieś działania w tej sprawie?

Miesiąc czy dwa po tym, jak dowiedziałam się, że rada przekazała nasze pismo do prokuratury, postanowiłam tam pojechać i porozmawiać z prokuratorem prowadzącym sprawę. Okazało się, że prokuratura niewiele mogła zrobić jedynie na podstawie pisma, które otrzymała. My jednak mieliśmy mnóstwo materiałów – zebraliśmy wśród sąsiadów wszystkie pisma, zdjęcia i filmy, które mieliśmy i przekazaliśmy je prokuraturze. Ale wybuchła pandemia i na ten moment nie wiemy, co się dzieje w sprawie. Była wydana też decyzja Wójta o konieczności usunięcia nawiezionego gruzu, od której strona odwołała się do SKO. My też składaliśmy zawiadomienia do SKO na bezczynność gminy w tej sprawie.

Czy angażujesz się też w inne aspekty życia swojej gminy?

Staram się w ważnych dla mnie sprawach zabierać głos – wtedy, kiedy czuję, że mogę pomóc. Tak było na jednym z zebrań sołeckich, kiedy głosowaliśmy, na co przeznaczyć fundusz sołecki. Pojawiła się grupa zaangażowanych osób, która zaproponowała, żeby część pieniędzy przeznaczyć na budkę dla wolnobytujących kotów – byli dobrze przygotowani, znali ceny, mieli miejsce etc. Niestety jeden z obecnych na zebraniu radnych stwierdził, podpierając się swoją pozycją, że to jest pomysł niemożliwy do realizacji z punktu widzenia urzędu. Wyglądało na to, że sprawa upadnie. Jednak nie było mojej zgody na to, żeby ogólna niewiedza zabiła tak ważną inicjatywę grupy wspaniałych osób wrażliwych na koci los (z podziwem dla ich działania, wielkiej empatii i zaangażowania wspomnę o fb grupie Pomóż Bezdomniakom ze Straszyna). Do tego była to sytuacja tak sprzeczna z ideą funduszu sołeckiego, że nie mogłam nie zareagować. Wyjaśniłam więc, że o konkretnym celu wydatkowania tych pieniędzy decydują mieszkańcy, a nie urząd i że moim zdaniem będzie to jak najbardziej zadanie własne gminy. Zakup budek został przegłosowany, a opieka nad wolnobytującymi kotami łączy mieszkańców wsi – nawet w sklepie zoologicznym jest wystawiona skrzynka, do której można wrzucać karmę, a osoby z grupy zebraną w ten sposób karmę przeznaczają dla naszych straszyńskich kotków, dbają też o sterylizację, kastrację i leczenie, pozyskując fundusze, działają aktywnie w środowisku lokalnej społeczności.

Władze rozważały też likwidację funduszu sołeckiego. Napisał o tym jeden z radnych w mediach społecznościowych. Postanowiłam uświadomić mieszkańcom, że tutaj nie chodzi tylko o pieniądze, które dla jednych wsi są większe, dla innych mniejsze, ale że fundusz pełni rolę angażującą i integrującą lokalną społeczność, ma za zadanie zebrać ludzi i stać się okazją do rozmowy o tym, co chcą razem zrobić. Ostatecznie fundusz sołecki się obronił.

Zabieram głos w sprawach zwierząt, drzew czy praw obywateli. Uczestniczę w posiedzeniach rady gminy, choć bardzo ubolewam, że teraz odbywają się online. Obserwuję, co się dzieje w gminie, zbieram i łączę fakty i dopiero wtedy wyrażam swoje zdanie. Nigdy nie wkładam kija w mrowisko i nie mówię czegoś tylko po to, żeby komuś dokopać. Bardzo ważne w działalności społecznej jest dla mnie to, żeby działać w grupie. Marzę o tym, żebyśmy tworzyli społeczeństwo obywatelskie i żyli w państwie demokratycznym, gdzie obywatele świadomie korzystają ze swoich praw.

W tym z prawa do informacji?

Dla mnie szokujące jest, jak mało osób wie o tym prawie. Ja sama dowiedziałam się o nim dopiero 2 lata temu. Ludzie nie wiedzą, jakie mają prawa i się boją. Teraz wiem, że jest paragraf w Konstytucji, który daje mi prawo do informacji. Dzięki temu prawu obywatele mogą mieć większy wpływ na to, co się dzieje w ich otoczeniu.

A jaka była Twoja droga od tego szkolenia “Narzędzia wpływu na władzę” do zostania członkinią Sieci Obywatelskiej Watchdog?

Po szkoleniu w Lesznie Agnieszka zadzwoniła do mnie z zaproszeniem do Szkoły Inicjatyw Strażniczych. Potrzebowałam więcej wiedzy, bo sytuacja z inwestorem w mojej wsi się stale rozwijała. I taką wiedzę dostałam. Poznałam ideę watchdogowania, a największe wrażenie zrobiło na mnie szkolenie o prawach człowieka. Sieć Obywatelska robi wszystko co trzeba, żeby dać ludziom wiedzę i siłę do działania, robienia dobrych rzeczy, do walki o prawdę i demokrację. Dlatego było dla mnie wielkim wyróżnieniem i przyjemnością, kiedy otrzymałam propozycję zostania członkinią Stowarzyszenia. Czuję się zobligowana, żeby wiedzę, którą mam dzięki Sieci, zmienić w dobro.

Czego chciałabyś życzyć Sieci z okazji jej 18-lecia?

Życzę Sieci, szczególnie po live’ie Katarzyny i Szymona z okazji tegorocznego międzynarodowego dnia prawa do informacji, żeby w ludziach tworzących społeczność sieci pozostał entuzjazm, który był w Stowarzyszeniu, kiedy powstawało ono 18 lat temu. Żeby nie opuściło Was i nas zaangażowanie w dążeniu do pozytywnych zmian. Żeby nic nie zabiło siły do dawania ludziom wiedzy i wspierania rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Żeby Sieć mogła się rozwijać, rosnąć wzdłuż i wszerz, żeby każdy w Polsce, kto chce działać na rzecz demokracji, znał pomocną dłoń Watchdoga. A wszystkim watchdogom życzę, żeby mogli opierać się w swoich działaniach o solidne prawodawstwo i uczciwe orzecznictwo sądowe.

 

Pomóż jawności i naszej niezależności!

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.